Ostatnio czytane

środa, 14 listopada 2012

Strajki we włoskich szkołach


W zeszłym tygodniu znowu dostałam ulotkę, że szanowne nauczycielstwo ze szkoły mojej Niuni będzie strajkowało. Odkąd Niunia skończyła 3 lata, poszła do przedszkola, to otrzymuję takie ulotki średnio raz na miesiąc. Najbardziej wkurza mnie jednak to, że za każdym razem wszystko odbywa się zgodnie z planem, czyli nikt nie strajkuje, ale szanowne nauczycielstwo życzy sobie, żeby przyprowadzić dziecko do szkoły i sprawdzić osobiście, czy będzie się miał kto dzieckiem zająć... Paranoja jakaś...
Jakiś miesiąc temu też był strajk, dzieci z V klasy zostały pod szkołą, bo nie było akurat ich nauczycielki, a Włochy obiegła informacja, że jakieś dziecko spędziło w autobusie szkolnym ponad godzinę, bo nie mógł wysiąść z autobusu skoro nauczyciel strajkował...
Zaraz na początku września, przy okazji pierwszego strajku, poszłam do nauczycielki mojej córki i zapytałam czy jutro będzie strajkować, czy nie, bo ja mam na głowie mnóstwo spraw i nie mogę czekać do jutra rana i potem na gwałt szukać opieki do dziecka. Pani, lekko zaskoczona, zdradziła mi w sekrecie, że ona to właściwie nigdy nie strajkuje, więc będzie.
Co za cyrk, naprawdę...

Po co są strajki w szkołach, skoro do niczego nie prowadzą? Panie mają zakupy do zrobienia? Wizyty u lekarza albo u fryzjera? Nie wiem... nawet nie wiem o co to włoskie szkolnictwo tak naprawdę walczy! No bo o co mogą walczyć nauczyciele w wieku przedemerytalnym? Mają stałą posadę publiczną, zarabiają może nie najwięcej, ale napracować też się nie napracują. Kreatywnością nie tryskają. Jak próbuje się któremuś z nauczycieli zasugerować udział w jakimś projekcie to od razu się boi, że będzie musiał poświęcić godzinę ze swojego życia na coś, za co mu nikt nie zapłaci.
 Szkoda, bo było by o co walczyć. O braki w wyposażeniu szkół. O obniżenie trudności w dostaniu się do pracy w szkole przed 40 rokiem życia (zwróciliście kiedyś uwagę na średnią wieku nauczycieli w szkołach lub przedszkolach waszych dzieci). O dodatki dla wartościowych i kreatywnych nauczycieli. O to, żeby w szkołach nie brakowało papieru toaletowego, żeby ściany we wrześniu były świeże, żeby rodzice nie musieli przynosić papieru do drukarki, żeby uczniowie włoskich szkół mogli być bardziej samodzielni...
Można wymieniać i wymieniać...
Pamiętam strajk w polskiej szkole na początku lat 90. To można było nazwać strajkiem. Każdy przyszedł do pracy i siedział w niej tyle ile by siedział, gdyby pracował. Do szkoły nie wpuszczono uczniów. Takie, jak dobrze pamiętam były dwa przełomowe dni. Udział w nim wzięli w mojej szkole wszyscy nauczyciele. Najwidoczniej osiągnęli cel, bo więcej strajków nie pamiętam...
O strajkach polecam też post na stronie Moja Toskania – widać, że problem strajkowy dotyczy nie tylko części Włoch.

1 komentarz:

  1. nie posiadam dzieci jeszcze,ale na biezaco obserwuje moje znajome wloszki i nie tylko.Jak nie strajki to jakies riunione i ciagle cos tam,nie mowiac juz o przerwach przedswiatecznych i po.Generalnie w przedszkolu nic sie nie dzieje,oprocz rysowania,czasami jakies wycinanki,w zaleznosci od checi pani jakies spettacolo na feste.Nie mowiac juz o wychowaniu fizycznym,bo raczej tutaj nie istenieje albo jesli instnieje to za doplata.zdarzylo sie ze musialam odebrac dziecko kolezance,pani juz czekala na dworze z dzieckiem,jako ze punkt 16.00 dziecko powinno byc odebrane,16.02 dzieciak czekal na mnie z pania zniecierpliwiona na dworze.W tym kraju najlepiej nie pracowac albo miec rodzine,ktora na kazde zawolanie zostanie z nasza pociecha.Nie bede mowic o strukturach w jakim sa stanie,przedszkola i szkoly.Mensa zaczyna dziac w pazdzierniku,jakby od wrzesnia nie mogli sie zorganizowac.Mam nadzieje,ze w waszych miastach lepiej to funkcjonuje..pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń