Ostatnio czytane

czwartek, 29 listopada 2012

Święta, święta...jeszcze czas

Lubię magię świąt Bożego Narodzenia, zapachy towarzyszące grudniowym świętom, skrzypiący pod butami śnieg, uwielbiam polskie kolędy, przygotowywanie prezentów i potrawy wigilijne...

Od kiedy osiedliłam się we Włoszech, nie spędzam jednak tych świąt w Polsce... a to za droga podróż, a to niebezpiecznie, a to brak urlopu, albo urlop za krótki i jazda na wiariata po śniegu po prostu  ni ewchodzi w grę...

Moja pierwsza Wigilia w Italii to była szybka pizza... Akurat udało mi się dostać przedświąteczną  pracę w sklepie perfumeryjnym, gdzie pakowałam kupowany towar i ostatnie 5 dni przed świętami stałam właśnie tam od rana do wieczora, również w Wigilię. Pizza na kolację wigilijną, to była najgorsza rzecz jaką w życiu zjadłam. Czułam się jakbym sprofanowała nasze tradycje...

Potem już próbowałam coś przygotowywać. Ale oczywiście, jak się było leniwym za młodu i nie chciało się stać w kuchni z kobietami, to się po prostu nie umie robić pewnych rzeczy...

Moje pierwsze uszka były wielkości wielkich pierogów i nie za bardzo wiedziałam czemu aż tak mi urosły. Smakiem przypominały pierogi mojej mamy, ale chyba tylko dlatego, że dawno tych maminych nie jadłam. Jedyne co mi wychodziło, choć musiałam się ratować tym w proszku, żeby kolor był widoczny, to był barszczyk czerwony. Zupę grzybową robiłam po prostu gotując parę suchych grzybów i miksując miksturę, żeby męża grzyby w zęby nie kłuły (nie lubi grzybów niestety). Raz zapomniałam usmażyć rybę, została na obiad na dzień następny. Przygotowałam raz też kapustę z grochem, ale chyba zupełnie nie ten groch kupiłam, bo mi się jakoś nie rozgotował... Kiedyś zrobiłam kluski z makiem, ale tylko dlatego, że ktoś mi przywiózł puszkę z gotowym  makiem z Polski. Dodałam mak do ugotowanych tagliatelli i moje ulubione danie było gotowe. Później sama wszystko zjadłam, bo we Włoszech klusek na słodko raczej się nie jada... Kiedy urodziła się Niunia i chciałam jej pokazać polskie tradycje kulinarno-wigilijne okazało się, że mimo bycia Polką.doc, moje dziecko na Wigilję zjada ewentualnie kawałek jabłka i smażonego fileta rybnego, bo inne smaki absolutnie jej nie podchodzą...

I tak, myślę wspominając, jaka będzie ta moja - nasza Wigilia w tym roku. Nie jestem absolutnie typem gospodyni stojącej w kuchni już tydzień przed Wigilią. Najpewniej zjemy ją we trójkę, więc 12 dań na pewno przygotowywać nie będę. Mąż będzie pewnie chciał sałatkę warzywno-ziemniaczaną, która nie wiem czemu tu nazywana jest rosyjską. Dziecku wystarczy kawałek ryby. Kluchy z makiem raczej sobie odpuszczę, może zrobię barszczyk... Uszka... kupię najpewniej gotowe, choć farsz w ogóle nie będzie przypominał smakiem naszych pierożków... chyba, że nagle mąż dostanie urlop długi jak przerwa świąteczna w szkole i wsiądziemy w auto i przemierzymy setki kilometrów, by spędzić Boże Natale po polsku, na polskim śniegu, z polskim barszczykiem na polskich burakach...

Z łezką w oku wspominam święta u mojej Babci w Wielkopolsce, gdzie zawsze było nas dużo, Mikołaj nie wiadomo jak podrzucał prezenty, a zapachy dochodzące z kuchni wykańczały nas nerwowo, bo Babcia podchodziła bardzo poważnie do postu... zapachy czuję do dziś...

Nastroiłam Was nostalgicznie...?
Co najbardziej lubicie w świętach Bożego Narodzenia? Jaka jest Wasza ulubiona potrawa? Może ktoś mi podrzuci jakiś sprawdzony przepis?

1 komentarz: